Witajcie!
Jako pierwszy temat chciałbym
wziąć na ruszt bardzo popularne w Ameryce (i coraz częściej już w Polsce) wyścigi równoległe. Tyle, że jest
pare różnic. No dobra, jest mnóstwo różnic i Polscy miłośnicy piłowania Golfa
1,9 tdi nigdy, ale to absolutnie , totalnie przenigdy nie osiągną tego co
Amerykanie. Ale o tym za chwilę.
Skąd w
ogóle pomysł na bloga i na taką tematykę?
1.
Bo mogę.
2.
Kocham amerykańskie auta i lubię pozostałe.
Wyścigi są
dyscypliną, która swój początek miała w dniu, w którym na drogach znalazł się
drugi samochód. Tak, ludzie od zawsze chcieli ze sobą konkurować. Kto jest
silniejszy, kto szybciej biega, kto zje więcej hot-dogów, a w momencie
wynalezienia pojazdów spalinowych mogli ścigać się coraz szybciej i szybciej. I to jest chyba to co pociąga
ludzi – prędkość, to jest to coś co każe im modyfikować auta, pakować w nie
oszczędności całego życia, żeby wykręcić czas lepszy o dziesiąte części sekund.
Ale uczucie bycia najszybszym na dzielni, tym który jest samcem alfa, tym
któremu wszyscy inni na chwile się poddaja, podziwiaja jest warte wszystkiego.
To jakby na chwilę stać się bogiem z najgłośniejszym wydechem na świecie, z
autem szybszym niż błyskawica, stać się tym, którego czczą, na którego patrzą.
Najwiekszy
rozkwit tej dyscypliny przypada na lata 50te XXw. Wtedy to do życia została
powołana National Hot Rod Association (NHRA) – To właśnie Ci goście ustanowili wszystkie zasady tego sportu,
wyszczególnili klasy, w których ścigają się auta, oni czuwają nad tym wszystkim
od 1951. Ja jestem zafascynowany autami, które z wierzchu nie zdradzają swojej
mocy. Wyglądają jak trochę podrasowane klasyki z lat 70. Świetnym przykładem
jest tu Murder Nova. Podwójnie doładowany Big Block Chevroleta osiągający
ponad 3,400 koni. Czas na 1/8 mili: 4,42s. I co? Który golfem się próbuje?
To
jest ten moment kiedy spróbuje przedstawić różnice między naszymi rodowitymi
pasjonatami „przednionapędówek” niemieckiej produkcji, a totalnie zwariowanymi
na punkcie mocy Amerykańcami.
1. Wygląd. W Polsce hajs
kładzie się głównie na to jak auto wygląda, osiągi czy też jakość części
mechanicznych odkłada się „na później”. Natomiast dla takiego Johna z Colorado
auto może wyglądać jak totalny kondom ze złomu, a na światłach nie zdążysz się
zorientować kiedy zza chmury spalonej gumy wyłoni się 250 metrów przed Tobą,
kiedy będziesz szukał drugiego biegu.
2. Fundusze. Oczywiście w
Polsce też są bogate świry, które pakują tysiące pln w auto, ale to jest
promil. Piszę raczej o takich zajaranych Frankach i Johnach a nie bogaczach,
którzy śpią na forsie. Kiedy w u nas w ojczyźnie wsadzone 50 tyś na modyfikacje
auta wydaje się być czymś absurdalnie chorym i rodzina Franka zastanawia się
czy nie wysłać go do ośrodka dla obłąkanych, w USA John za 50 „patyków” kupuje
głowice i tłoki do swojej V ósemki. Później dokupuje wzmocnione przeniesienie
napędu, wstawia klatkę bezpieczeństwa, zakłada tylne kapcie większe niż dupa
Kim Kardashian, zakłada ze dwie turbiny lub kompresor i tym samym pozbywa się
ze 300 tyś zielonych. A co!
3. Zajawka. To jak się ściga.
Franki lubią to robić na normalnych ulicach, najlepiej jeszcze między
samochodami, bo tak fajniej i więcej emocji. Raz w roku wyskoczą sobie na tor
do Ułęża i się chwalą ile to ich golf albo passeratti „poleciał”. I chyba to
jest różnica… Tak sobie myślę, że mało jest w Polsce ludzi, którzy traktują to
serio. Raz na jakiś czas jakiś sprincik z czerwonego. Ważny jest tylko lans.
Juesejczycy podchodzą do tego na poważnie. Kurde właśnie! Oni traktują hobby na
poważnie! Czuję teraz jakby niebo się przede mną otworzyło i poznałbym
tajemnice wszechświata. Dokładnie tak. Amerykanie mają cały cykl wyścigów, w
których mogą mierzyć się z innymi zapaleńcami. To jest kult prędkości! Emocje,
rozrywka, event na który mogą pojechać całą rodziną i dobrze się bawić. Pakują
w to cały swój wolny czas i każdego centa a później zabierają żonę i dzieci
żeby popatrzyły jak tatuś się ściga. I nie na cywilnych drogach tylko na
specjalnych torach ze wszystkimi możliwymi służbami i procedurami, które
ograniczają niebezpieczeństwo do minimum, czerpiąc z tego czystą przyjemność.
Tak, to jest to co mnie pociąga. Chociaż nie wiem czy
wypada zestawić ze sobą słowa ‘odpowiedzialny” i „ściganie” ale zrobie to.
Odpowiedzialne ściganie autem wykręconym do granic możliwości. Chciałbym kiedyś
to zrobić. Może założę crowdfounding „pomóż Reszce przejechać się 3000 konnym
autem na torze w USA” To było by coś.
W
ogóle to jestem pełen podziwu dla ludzi, którzy modyfikują czy przerabiają
swoje fury.
Na prawde wymaga to mnóstwo wiedzy, czasu i poświęceń
żeby osiągnąć wymarzony efekt. Już nie wspomnę o pieniądzach. Nawet w Polsce
mamy kilka custom shopów, gdzie przerabia się amerykańskie klasyki. Miałem
okazję być w paru takich miejscach i to co tam widziałem, przeszło moje
oczekiwania. To jakby wpuścić dziecko do sklepu ze słodyczami. Szczena w dół i
nagle chciałem w każdym aucie usiąść, każde dotknąć, sprzedać nerkę i któreś
kupić. Najlepiej to wszystkie. W następnym artykule postaram się zdać relację z
wizyty w jednym z takich miejsc.
Mam nadzieję, że nie zanudziłem na śmierć i
dobrnęliście do końca. Trzymajcie się!


Fajny artykuł, czekamy na więcej!
OdpowiedzUsuńDzięki! Na pewno będzie więcej!
OdpowiedzUsuńNo średniawa, popracuj nad stylistyką
OdpowiedzUsuńPierwszy post wiec proszę o wyrozumiałość. Z każdym kolejnym na pewno będzie lepiej. 😉
Usuń