niedziela, 21 lutego 2016

Dlaczego amerykanie robią to lepiej - dywagacje na temat ścigania


           Witajcie!

Jako pierwszy temat chciałbym wziąć na ruszt bardzo popularne w Ameryce (i coraz częściej już w  Polsce) wyścigi równoległe. Tyle, że jest pare różnic. No dobra, jest mnóstwo różnic i Polscy miłośnicy piłowania Golfa 1,9 tdi nigdy, ale to absolutnie , totalnie przenigdy nie osiągną tego co Amerykanie. Ale o tym za chwilę.

                Skąd w ogóle pomysł na bloga i na taką tematykę?
1.       Bo mogę.
2.       Kocham amerykańskie auta i lubię pozostałe.


            Wyścigi są dyscypliną, która swój początek miała w dniu, w którym na drogach znalazł się drugi samochód. Tak, ludzie od zawsze chcieli ze sobą konkurować. Kto jest silniejszy, kto szybciej biega, kto zje więcej hot-dogów, a w momencie wynalezienia pojazdów spalinowych mogli ścigać się coraz szybciej i szybciej. I to jest chyba to co pociąga ludzi – prędkość, to jest to coś co każe im modyfikować auta, pakować w nie oszczędności całego życia, żeby wykręcić czas lepszy o dziesiąte części sekund. Ale uczucie bycia najszybszym na dzielni, tym który jest samcem alfa, tym któremu wszyscy inni na chwile się poddaja, podziwiaja jest warte wszystkiego. To jakby na chwilę stać się bogiem z najgłośniejszym wydechem na świecie, z autem szybszym niż błyskawica, stać się tym, którego czczą, na którego patrzą.
            Najwiekszy rozkwit tej dyscypliny przypada na lata 50te XXw. Wtedy to do życia została powołana  National Hot Rod Association (NHRA) – To właśnie Ci goście ustanowili wszystkie zasady tego sportu, wyszczególnili klasy, w których ścigają się auta, oni czuwają nad tym wszystkim od 1951. Ja jestem zafascynowany autami, które z wierzchu nie zdradzają swojej mocy. Wyglądają jak trochę podrasowane klasyki z lat 70. Świetnym przykładem jest tu Murder Nova. Podwójnie doładowany Big Block Chevroleta osiągający ponad 3,400 koni. Czas na 1/8 mili: 4,42s. I co? Który golfem się próbuje? 
        To jest ten moment kiedy spróbuje przedstawić różnice między naszymi rodowitymi pasjonatami „przednionapędówek” niemieckiej produkcji, a totalnie zwariowanymi na punkcie mocy Amerykańcami.
1.             Wygląd. W Polsce hajs kładzie się głównie na to jak auto wygląda, osiągi czy też jakość części mechanicznych odkłada się „na później”. Natomiast dla takiego Johna z Colorado auto może wyglądać jak totalny kondom ze złomu, a na światłach nie zdążysz się zorientować kiedy zza chmury spalonej gumy wyłoni się 250 metrów przed Tobą, kiedy będziesz szukał drugiego biegu.
2.                       Fundusze. Oczywiście w Polsce też są bogate świry, które pakują tysiące pln w auto, ale to jest promil. Piszę raczej o takich zajaranych Frankach i Johnach a nie bogaczach, którzy śpią na forsie. Kiedy w u nas w ojczyźnie wsadzone 50 tyś na modyfikacje auta wydaje się być czymś absurdalnie chorym i rodzina Franka zastanawia się czy nie wysłać go do ośrodka dla obłąkanych, w USA John za 50 „patyków” kupuje głowice i tłoki do swojej V ósemki. Później dokupuje wzmocnione przeniesienie napędu, wstawia klatkę bezpieczeństwa, zakłada tylne kapcie większe niż dupa Kim Kardashian, zakłada ze dwie turbiny lub kompresor i tym samym pozbywa się ze 300 tyś zielonych. A co!
3.                  Zajawka. To jak się ściga. Franki lubią to robić na normalnych ulicach, najlepiej jeszcze między samochodami, bo tak fajniej i więcej emocji. Raz w roku wyskoczą sobie na tor do Ułęża i się chwalą ile to ich golf albo passeratti „poleciał”. I chyba to jest różnica… Tak sobie myślę, że mało jest w Polsce ludzi, którzy traktują to serio. Raz na jakiś czas jakiś sprincik z czerwonego. Ważny jest tylko lans. Juesejczycy podchodzą do tego na poważnie. Kurde właśnie! Oni traktują hobby na poważnie! Czuję teraz jakby niebo się przede mną otworzyło i poznałbym tajemnice wszechświata. Dokładnie tak. Amerykanie mają cały cykl wyścigów, w których mogą mierzyć się z innymi zapaleńcami. To jest kult prędkości! Emocje, rozrywka, event na który mogą pojechać całą rodziną i dobrze się bawić. Pakują w to cały swój wolny czas i każdego centa a później zabierają żonę i dzieci żeby popatrzyły jak tatuś się ściga. I nie na cywilnych drogach tylko na specjalnych torach ze wszystkimi możliwymi służbami i procedurami, które ograniczają niebezpieczeństwo do minimum, czerpiąc z tego czystą przyjemność.


       Tak, to jest to co mnie pociąga. Chociaż nie wiem czy wypada zestawić ze sobą słowa ‘odpowiedzialny” i „ściganie” ale zrobie to. Odpowiedzialne ściganie autem wykręconym do granic możliwości. Chciałbym kiedyś to zrobić. Może założę crowdfounding „pomóż Reszce przejechać się 3000 konnym autem na torze w USA” To było by coś.
                W ogóle to jestem pełen podziwu dla ludzi, którzy modyfikują czy przerabiają swoje fury.

Na prawde wymaga to mnóstwo wiedzy, czasu i poświęceń żeby osiągnąć wymarzony efekt. Już nie wspomnę o pieniądzach. Nawet w Polsce mamy kilka custom shopów, gdzie przerabia się amerykańskie klasyki. Miałem okazję być w paru takich miejscach i to co tam widziałem, przeszło moje oczekiwania. To jakby wpuścić dziecko do sklepu ze słodyczami. Szczena w dół i nagle chciałem w każdym aucie usiąść, każde dotknąć, sprzedać nerkę i któreś kupić. Najlepiej to wszystkie. W następnym artykule postaram się zdać relację z wizyty w jednym z takich miejsc. 
                  Mam nadzieję, że nie zanudziłem na śmierć i dobrnęliście do końca. Trzymajcie się!

4 komentarze: